+48 797907 667 [email protected]

Początek

     Mieszkańcy Kolonii należeli początkowo do parafii farnej. Gdy w 1899 wybudowano kaplicę, która stała się od początku własnością kolei, nikt nie chciał objąć jej w zarząd. Dopiero w 1903 roku duszpasterstwo przy kościółku św. Elżbiety przejęli sądeccy jezuici. Część kolejarzy niezbyt chętnie przyjęła przybyłych zakonników. Kolonia była znana bowiem jako ognisko socjalistów, którzy byli bardzo wrogo nastawieni do Kościoła. Na drugi dzień po objęciu kaplicy przez jezuitów l maja w czasie pochodu, przywitano ich okrzykami: hańba im! Precz z jezuitami!!!”

Robotnicy kolejowi, którzy mieszkali daleko od kościoła i na skutek tego byli obojętni religijnie, teraz, kiedy mieli kościół na miejscu, zaczęli do niego coraz częściej przychodzić. Niektórzy zapisali się do Bractwa Serca Pana Jezusa, do Sodalicji i do różańca. Znaleźli podporę ze strony innych robotników katolickich. Dało im to poczucie siły Przestali się bać i ulegać socjalistom. Ale przez wiele lat praca jezuitów napotykała na ogromne trudności materialne. Nie było plebani. Kościółek był słabo wyposażony. Jezuici wynajmowali pomieszczenia mieszkalne i starali się o wybudowanie własnego domu. Gdy ani kolej, ani rząd ich nie wsparły dwukrotnie składali rezygnację z prowadzenia placówki.

Gdy ta wiadomość rozeszła się wśród kolejarzy, postanowili wybudować dom swoim duszpasterzom. Uformowali komitet opieki nad kościołem, zbierali składki. W 1922 r. rozpoczęto pierwsze przygotowania. Przy kopaniu dołu na wapno pracowało dwóch mężczyzn. Jeden z nich był jednorękim kaleką. Jego praca stała się symbolem ofiarności ludzi, którzy pragnęli stworzyć własną wspólnotę parafialną.

Cesarsko – królewski epizod

Dworzec kolejowy w Nowym Sączu

Austriackie władze kolei państwowych postanowiły w 1885 r. wybudować warsztaty, konieczne do naprawy taboru kolejowego. Znaleźli tu pracę liczni robotnicy, którzy osiedlili się w jednorodzinnych domkach wybudowanych specjalnie dla nich, w pobliżu dworca kolejowego.

 


Nowe osiedle nazwano kolonią kolejową. Zamieszkało w niej ok. czterech tysięcy ludzi. Pomimo, że mieszkania były wygodne, robotnicy nie byli zadowoleni.  Po zakupy, do szkoły i do kościoła trzeba było chodzić dwa kilometry do miasta. Naczelnik stacji Klein w imieniu kolejarzy wystąpił do dyrekcji z prośbą o wybudowanie szkoły i kościoła.


Sąsiadujący z kościołem budynek szkoły

Prezydent generalny dyrekcji dr Leon Biliński przychylił się do prośby i wyasygnował na budowę szkoły 20.000 zł. i na budowę kaplicy szkolnej 45.000 zł. Dla łatwiejszego uzyskania zezwolenia na budowę podano, że będzie to kaplica jubileuszowa, upamiętniająca półwiecze panowania cesarza Franciszka Józefa. Dlatego też na frontonie kościoła umieszczono portal z emblematami jubileuszowymi, korona, monogramem i cyframi 1848-1898. Również z tego powodu świątynię wzniesiono pod wezwaniem św. Elżbiety, która też była patronka cesarzowej, zwanej Sisi. Historia austriackiego panowania w Galicji odeszła w przeszłość.

    Ministerstwo Kolei powierzyło budowę kaplicy szkolnej krakowskiemu oddziałowi. Jego dyrektor posiadał zmysł artystyczny i pragnął ozdobić Kolonie pięknej budowla. Niestety, nie miał wyobrażenia o potrzebach funkcjonalnych kościoła. Ks. St. Załęski, superior jezuickiego domu w Nowym Sączu, stanowczo radził wybudować znacznie większa szkołę i kościół na co najmniej półtora tysiąca ludzi. Jednakże jego opinii nie wzięto pod uwagę. Budowy kościółka, wg projektu krakowskiego architekta Talowskiego, prowadził inżynier kolejowy Schleicher.

Ponieważ fundusze rządowe były ograniczone, wzniesiono piękna budowlę, ale kosztem ograniczenia jej rozmiarów. W 1899 r. ks. infułat Alojzy Góralik, proboszcz nowosądecki, dokonał poświęcenia kościółka pw. św. Elżbiety i odprawił w nim pierwszą mszę św.

    Kaplica była na zewnątrz prawdziwa perełka architektury. Strzelista wieża zakończona oryginalna latarnia spoczywała na czworobocznej, smukłej piramidzie. Kamienny krucyfiks, autorstwa rzeźbiarza krakowskiego St. Wójcika, zdobił frontowa ścianę wieży. Misternej roboty kamienna rozeta poniżej krzyża podkreślała romańsko-gotycki styl budowli.

Piękna na zewnątrz kaplica była brzydka w środku. Gołe, pozbawione ozdób ściany pokrywała żółta farba. Posadzka ze sztaingutu położona była w czarno-białą szachownicę. Jedyną ozdobą kościółka był ołtarz ujęty w piękne gotyckie ramy wykonane w drewnie. Jego nadbudowę tworzył obraz św. Elżbiety rozdającej jałmużnę. Poza tym wewnątrz kaplica była pusta. Nie było w niej nic. Nawet zakrystia nie została zaopatrzona w naczynia i szaty liturgiczne.

Już pierwsze nabożeństwo odprawione w dniu poświęcenia pokazało, że kaplica jest stanowczo za mała. Trzysta osób obecnych na uroczystości praktycznie ja wypełniło. A przecież samych dzieci było w Kolonii około tysiąca. Stało się jasne, że kaplicę szkolną należy rozbudować. Podjął się tego dzieła o. Tomaka. późniejszy misjonarz wśród Murzynów w Rodezji. Taktem i wrodzonym sprytem umiał sobie zjednać kolejarzy, którzy chętnie dawali ofiary i bezinteresownie pracowali.

Kronikarz parafialny wyróżnił i wymienił z nazwiska najofiarniejszych pracowników: pana Pawlikowskiego z ul. Grodzkiej, pana Kmiecia z ul. Reja oraz pp. Glenia i Nawrockiego, którzy bezpłatnie wykonali prace stolarskie. Pan Zając, mieszkający przy ul. Spiskiej, namawiał dwóch mężczyzn, żeby pomogli przy kościele. Tamci zaczęli się śmiać i kpić z głupich pracujących. Niezadługo obydwu sparaliżowało i życie skończyli. Wszyscy to uznali za palec Boży.

Druga Parafia w Nowym Sączu

W 1933 r. ordynariusz tarnowski ks. bp Franciszek Lisowski postanowił utworzyć w Nowym Sączu druga parafię. Jedyna w mieście, pw. św. Małgorzaty, liczyła 30 tyś. wiernych, co ogromnie utrudniało pracę duszpasterską. Ponieważ w środowisku sądeckich kolejarzy jezuici już od ponad 30 lat spełniali posługi duchowe, biskup zwrócił się do nich z propozycja objęcia w wieczysty zarząd nowej parafii.

O. Włodzimierz Leduchowski SJ    Generał zakonu O. Włodzimierz Ledóchowski, uwzględniając specyficzne warunki, zezwolił na przyjęcie placówki, mimo że było to niezgodne z duchem jezuickiego prawa zakonnego. Rozpoczęto starania, aby przekazać parafii kościół i plebanię, które były własnością państwa. Ks. biskup zwrócił się z tym problemem do Ministerstwa Komunikacji. Dekret darowizny musiał być podpisany przez prezydenta Rzeczypospolitej, ale wartość kościoła i plebani przekraczała wartość darowizny, jaką mógł podpisać prezydent. Ministerstwo złożyło, więc propozycję zamiany parceli przy ul. Zygmuntowskiej wraz z kościołem i plebanią na działkę w Zawadzie, będącą własnością parafii nowosądeckiej. Rząd planował wybudować tam lotnisko. Chociaż już wszyscy byli przygotowani na sfinalizowanie sprawy nowej parafii, nastąpiła niespodziewana zwłoka.

Zamiana pola w Zawadzie na kościół i plebanię wymagała zatwierdzenia sejmowego. Zanim to nastąpiło, lotnictwo zrezygnowało z budowy lotniska w Zawadzie. Otwarło je nad Dunajcem w Krowie. Po tylu staraniach sprawa kościoła wróciła do punktu wyjścia. Był własnością kolei, oddany w używanie jezuitom, z prawem zerwania umowy przez którąkolwiek ze stron po jednorocznym wypowiedzeniu (jak stanowiła umowa z 23.IV.1928 r.). Względy duszpasterskie sprawiły, że ks. bp Lisowski odstąpił od zasady, iż parafię można tworzyć tylko przy świątyni będącej własnością Kościoła. 21 listopada 1937 r. utworzył parafię pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa i przekazał jaw wieczysty zarząd jezuitom.

Pierwszy proboszcz

o. Jan Bury SJ    Pierwszym proboszczem parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa został ojciec Józef Bury. Wraz ze swoim wikariuszem ojcem Kamińskim rozpoczął szerzenie nabożeństwa do Serca Pana Jezusa. Rozwinął na szeroką skalę działalność Apostolstwa Modlitwy. Gorliwie zajmował się sodalicją pań i panów. Organizował pielgrzymki do Sanktuarium Matki Bożej Kochawińskiej, gdzie wcześniej był proboszczem. Aby rozbudzić życie chrześcijańskie w nowopowstałej parafii, ks. proboszcz zorganizował we wrześniu 1938 roku dwutygodniowe misje, które prowadził O. Szymon Jarosz.

    O. Józef Bury był nie tylko gorliwym duszpasterzem, ale również zapobiegliwym gospodarzem. Starał się o wyposażenie zakrystii i kościoła. Sprawił wiele bielizny kościelnej, ornaty, kapturki dla ministrantów. Bieliznę ołtarzową haftowały bezpłatnie siostry służebniczki starowiejskie, gdyż ojciec Józef był dawniej proboszczem starowiejskim. Pieniądze zebrane w czasie pierwszej kolędy przeznaczył na obraz Serca Pana Jezusa. Pierwszy proboszcz parafii NSPJ nie miał łatwego zadania.

Jego parafia obejmowała teren, który był żywym ogniskiem socjalistów. W czasie pierwszej kolędy obszedł całą parafię. Jak podaje kronika parafialna „w wielu domach zamknięto przed nim drzwi, a z wielu też go wyproszono”. Witano go słowami: „Kto tu księdza prosił, po co tu ksiądz przyszedł”. Takie miał początki. Dopiero bezpośrednie zetknięcie z bolszewizmem w czasie wojny wielu wyleczyło z socjalizmu i przyprowadziło do Kościoła.

Moskale w Nowym Sączu

Jesienią 1914 r. do Nowego Sącza zbliżały się wojska radzieckie. Wraz z nadchodzącą armią szła złowroga fama o tym, że Moskale kaleczą, mordują, kradną co się da zabrać i palą to, czego zabrać nie mogą. Miasto ogarnęła groza. Ludzie w popłochu opuszczali mieszkania i dołączali do fali uciekinierów, gnanych strachem przed nadchodzącym frontem. Kto mógł, ratował mienie i życie ucieczką. Kto nie mógł opuścić miasta, czekał drżący na ów straszliwy dzień sądu ostatecznego, gdy Sowieci wejdą do Nowego Sącza.

W okresie największego nasilenia niepewności i strachu Ks. Hrubant zaproponował na ambonie, by oddać się w opiekę Najświętszego Serca Pana Jezusa. Parafianie uroczyście złożyli ślub, że jeżeli Serce Boże uchroni miasto od zguby, to mieszkańcy Kolonii w dowód wdzięczności postawią przy kościółku figurę Serca Pana Jezusa. Rosjanie zajęli miasto wczesnym rankiem 19 listopada, a opuścili je 12 grudnia tegoż roku. Nie kradli, nie kaleczyli, nie mordowali. Ich pobyt nie spowodował w Nowym Sączu żadnych strat.


Figura Pana Jezusa na placu kościelnym

Ślubujący wywiązali się ze swojej obietnicy. Figurę Jezusa idącego z krzyżem na ramieniu wykonał artysta kamieniarz Piątkiewicz z Sanoka. Uformował ją z kamienia hydraulicznego. Ustawiono ją między kościółkiem a ulicą Batorego, frontem do kościoła, na wzgórku z dzikiego, nie ciosanego kamienia. Poświęcił ją uroczyście Ks. Hrubant 24 października 1916 roku.

Wybuch wojny w 1939 r. zahamował rozwój młodej parafii. Ambitne plany założenia w kościele ogrzewania utknęły po zebraniu składki na ten cel. Tymczasem przyszły ostre zimy, szczególnie dotkliwe w 1940 i 1942 roku. Zdarzało się, że w czasie mszy św. wino zamarzało w kielichach. Wojna spowodowała zajęcie domów jezuickich w kraju, wysiedlenie księży i braci, którzy szukali przytułku w innych placówkach. W naszej parafii znalazł schronienie na czas okupacji profesor przyrody o. Lazarczyk i rektor Seminarium w Chyrowie (diec. Lwowska), o.Cisek oraz brat Józef Radwan, który był tu kucharzem a zarazem zakrystianinem.

Ojciec Łazarczyk niezmordowanie dyżurował w konfesjonale, a jako moralista i spowiednik doprowadził wielu ludzi do nawrócenia i pokuty. Ojciec Cisek zaś zasłynął jako doskonały kaznodzieja. Atmosfera ciągłego zagrożenia sprzyjała rozwojowi życia religijnego parafian, toteż działania duszpasterskie przynosiły wielkie owoce. Dramatyczne chwile przeżyli ojcowie w czasie rewizji na plebanii. Niemieccy koloniści, zamieszkujący niemal całą ulicę Grunwaldzką, zwaną wówczas Dąbrówką Niemiecką, zadenuncjowali ks. proboszcza Józefa Burego.

Gestapo przetrząsnęło cały dom w poszukiwaniu radia nadawczego. Tymczasem o. Bury miał radioodbiornik. Niemcy chodzili wokół kryjówki, niemalże deptali po niej, a ks. proboszcz stał obok blady jak papier. Modlił się przez cały czas do Matki Bożej Kochawińskiej i może właśnie to sprawiło, że Niemcy niczego nie znaleźli. Tym samym proboszcz uniknął pewnej śmierci, która groziła za posiadanie radia. Bolesną chwilą dla parafii była konfiskata pięknych dzwonów wraz z pamiątkowym, odlanym na cześć cesarzowej Elżbiety. Wielkim echem odbiła się w całym miasteczku tragedia, która wydarzyła się w Biegonicach. Niemcy rozstrzelali 40 zakładników, najznamienitszych mieszkańców Nowego Sącza oraz dwóch księży wikariuszy z fary.

Śmierć księdza proboszcza

W 1942 roku wybuchła w Nowym Sączu epidemia tyfusu, która pochłonęła wiele ofiar. Dziennie odprawiano nieraz po cztery pogrzeby. Na tę chorobę zapadł również ks. proboszcz Józef Bury. Pojechał do Tarnowa, gdzie głosił rekolekcje dla S. S. Felicjanek i stamtąd wrócił chory. Pomimo wycieńczenia odprawiał Mszę św. i modlił się przed Najświętszym Sakramentem. Po jakimś czasie organizm przezwyciężył tyfus, ale wywiązało się zapalenie gruczołów ślinowych. Konsylium lekarskie zaleciło operację.

Niestety o. Bury zmarł po zabiegu, 20 września 1942 r. roku, w niedzielę o szóstej rano. Gdy zakomunikowano o tym parafianom obecnym na mszy św. „jeden jęk przeszedł przez cały kościół” – jak podaje kronika parafialna. Pogrzeb ks. proboszcza był wielką manifestacją religijną. Zgromadził tłumy wiernych. Nabożeństwo prowadził ks. infułat Roman Mazur w asyście ks. teologów z kolegium jezuickiego.


grobowiec zakonny

W ceremonii pogrzebowej oprócz kleryków i księży z okolicznych miejscowości wziął również udział ksiądz obrządku greckiego z Nowego Sącza. Piękne fotografie z pogrzebu wykonał niejaki Scheibal, który wkrótce po tym został aresztowany przez gestapo i zginął w obozie. Po śmierci księdza Burego Niemcy wydali nakaz zamknięcia kościoła z powodu szerzącego się rzekomo tyfusu. Był to kolejny cios dla parafian. Ludzie przychodzili w niedzielę pod zamknięty na głucho kościół, otaczali bramy i tam się modlili.

Były to prawdziwie dramatyczne chwile, gdy pozbawionemu wolności, gnębionemu narodowi zabroniono jeszcze pociechy religijnej i czerpania z mocy Bożej. Rodzinom nie wolno było brać udziału w nabożeństwie żałobnym za ojca czy brata zastrzelonego przez Niemców lub zamęczonego w obozie.

Zniszczenia wojenne

Nowym proboszczem po śmierci ks. Burego został o. Stanisław Cisek. Znał on dobrze Nowy Sącz, bo spędził tu większość swojego życia zakonnego. Był prowincjałem, rektorem i profesorem kolegium. Proboszczem nigdy dotąd nie był, dlatego sprowadził nowego pomocnika, dawnego proboszcza z Kochawiny o. Władysława Ochęduszkę, który poprowadził kancelarię parafialną.

Po zakończeniu wojny o.Cisek zajął się naprawami zniszczeń po przejściu frontu. W kościele roztrzaskany był cały dach i wszystkie witraże. Na plebani, podobnie jak w kościele, nie pozostało ani jedno całe okno. W mieście najbardziej poszukiwanym towarem były szyby i wszelkie materiały budowlane. Z wielką ofiarnością pospieszyli na pomoc swemu proboszczowi parafianie. Sami przynosili z trudem zdobytą dachówkę i szyby, mimo że nieraz okna w ich własnych domach zabite były dyktą.

Wszędzie panowała bieda, a ludzie oddawali niemal ostatni grosz na remont podjął się odnowienia wnętrza kościoła, bardzo już zniszczonego i brudnego. Zakupił motor do organów. Dał do zrobienia nowe ławki i zainstalował dwa prowizoryczne ołtarze boczne – św. Teresy i św. Krzyża. Zorganizował na nowo Sodalicje Mariańskie, Apostolstwo Modlitwy a także Caritas, który objął opieką wysiedleńców, uciekinierów i ofiary wojny.

W parafii ruszył też teatr, w którym grano jasełka. Bractwo Trzeźwościowe podjęło na wielką skalę walkę ze skutkami akcji rozpijania Polaków prowadzonej przez okupantów.

Obraz św. Elżbiety

Gdy rząd austriacki wybudował dla kolejarzy kościół, obraz św. Elżbiety umieszczono w głównym ołtarzu. Jego autorem był artysta malarz Włodzimierz Dunajewski urodzony w 1869 roku w Rosji w guberni kijowskiej. Studiował malarstwo w Odessie, Monachium i Krakowie. Obraz św. Elżbiety Węgierskiej powstał zapewne z okazji jubileuszu 50 lecia panowania cesarza Franciszka Józefa, bowiem św. Elżbieta była patronką cesarzowej.

Z chwilą utworzenia parafii pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa w 1937 roku, św. Elżbieta została drugorzędną patronką kościoła, a jej obraz usunięto z głównego ołtarza. Ojciec Bury, pierwszy proboszcz, zamówił w Krakowie wizerunek Serca Pana Jezusa, który zajął centralne miejsce w kościele. Obraz św. Elżbiety z biegiem czasu został poważnie zniszczony, sądzono, że nie uda się przywrócić oryginału do pierwotnego stanu i odłożono go do lamusa, gdzie poszedł w zapomnienie. Jego miejsce zajęła kopia.

W 1954 r. syn Włodzimierza Dunajewskiego, Stanisław, zainteresował się obrazem św. Elżbiety. Chciał odzyskać oryginał jako pamiątkę po ojcu, a także po matce, która pozowała do obrazu. Po odnowieniu przez artystę malarza Słoneckiego za cenę 8000 zł wizerunek św. Elżbiety został ponownie poświęcony przez znanego misjonarza O.Szymona Jarosza z Krakowa.

Wielu parafian pamięta zapewne uroczyste odsłonięcie obrazu przy dźwiękach trąb. Dzieci witały patronkę swojego kościoła rzucając kwiaty. Różnokolorowe wstęgi trzymane przez ojców chrzestnych i matki chrzestne sięgały od obrazu aż po główne drzwi. Symbolizowały one łaski jakimi Święta będzie obsypywała swoich czcicieli.

Uroczystość uświetnił występ chóru, a płomienne kazanie wygłosił ojciec Jarosz. Był to pierwszy odpust na dzień św. Elżbiety w naszym kościele.